piątek, 04 maja 2012

Z wytęsknieniem oczekiwane załamanie pogody właśnie nastąpiło. Słońce zaszło. Wrzeszczące dzieci zostały zamknięte w domu. Japonki poszły w odstawkę. Rozentuzjazmowana kolejka pod Grycanem stopniała. Głupkowata radość z upału nareszcie się skończyła. Nie muszę już czytać książki o holokauście, żeby przywrócić się do duchowej równowagi. Drogie lato, nie wracaj. Daj się porozkoszować orzeźwiającym deszczem i niezmąconym pięknem szarej codzienności. 

poniedziałek, 05 marca 2012

Szukam guza. Wczoraj w 226. Wypacykowana i agresywna starsza pani postanowiła wymusić szacunek do starszych u nieśmiałej dziewczynki, która chciała usiąść na wolnym miejscu obok. Stanęłam w obronie nieśmiałej dziewczynki. Pani zaczęła syczeć. Dowiedziałam się, że jestem brzydka, mam rozczochrane włosy i powinnam udać się do fryzjera przed wejściem do autobusu. No i że z taką aparycją to w ogóle nie powinnam do ludzi wychodzić. Aby przemówić do pani w języku dla niej zrozumiałym, wysyczałam na odchodne, że pójdzie do piekła. Przed ciosem uchroniły mnie zamykające się między nami drzwi. Przedwczoraj natomiast w 123 po kilku minutach słuchania antysemickich kawałów postanowiłam skarcić trzech nastoletnich chłopców. Oczekiwałam że najpierw zaczerwienią się, splotą paluszki, potem przeproszą, a na koniec ja polecę im jakąś mądrą, ponadczasową lekturę, która zmieni trajektorie ich zwichrowanych już życiorysów. Przez trzy przystanki chłopcy wychowani na amerykańskich filmach i stadionie przy Łazienkowskiej sprowadzili mnie do pozycji naiwnej harcereczki, która nie wie co to wolność słowa i przekonań. Moją dydaktyczną klęskę obserwowało pół autobusu, najwyraźniej sympatyzująca z niewinnymi dowcipami chłopców. W całkowitej już desperacji przed samym wyjściem rzuciłam do najaktywniejszego z nich, że niech przynajmniej ściszy fonię, bo rzęzi z powodu mutacji. Zadziałało.

Wczoraj nie, przedwczoraj nie, ale pewnie wkrótce mi się oberwie.

poniedziałek, 27 lutego 2012

W Wyborczej obowiązuje nowy mit. Fabuła jest taka - dwie koleżanki, sfrustrowane pracą w korporacjach, wpadają na pomysł, żeby iść na swoje. Jedna jest rozważna, druga z fantazją. Po bojach związanych z założeniem firmy zapożyczają się u rodziny i otwierają niszowy biznes. Na przykład - sklep z muffinami. Tak zrobiła Katarzyna z Wrocławia, która "zamiast słać setki cefałek i martwić się o przyszłość, wzięła sprawy w swoje ręce". Joanna-prawniczka i Paulina-architektka z Warszawy przy winie postanowiły produkować kolorowe buty dla Polek. Obeszło się bez kredytu. Katarzyna i Dariusz, również ze stolicy, postawili na kosmetyki wyglądające jak jedzenie. Zmęczeni korporacją postanowili pójść na swoje. I odnieśli sukces.

W micie kluczowe są cztery elementy: frustracja, punkt przełomowy, odnalezienie niszy i wieńczący wysiłki sukces, którego dowodem jest znalezienie się wśród small-biznesmenów opisanych przez GW.

Biorąc pod uwagę trajektorię mojego życia, powinnam w ciągu 3-4 lat sfrustrować się korporacją, pożyczyć forsę od rodziny i zostać self-made woman. Przecież kim ja będę jak nie wezmę spraw w swoje ręce? Na razie jednyny pomysł, który przychodzi mi do głowy to budka ze smażoną kaszanką. Szukam wspólniczki z fantazją.

niedziela, 29 stycznia 2012

Hipsterzy ruszyli na dyskonty. Już nie Mielżyński i chleb maczany w oliwie z widokiem na loft – teraz wino najbardziej smakuje jak jest z Lidla. Do Biedronki na rowerze i z eko-torbą można wybrać się po roszponkę, pomidorki cherry, kozi ser i oliwę extra virgin.

Polska A, Polska B i Polska C symbolicznie spotykają się przy regale z aromatyzowanym papierem toaletowym Melodia.

piątek, 13 stycznia 2012

Jak dwie babcie w tramwaju, to rozmowa o wnuczętach.

Proszę paniom, Amelka mojej Kasi to tylko kaczuszki. Nawet na nocniczku musi mieć kaczuszkę, tak te kaczuszki kocha. Ano proszę pani te dzieci teraz wszystko mają, odpowiada druga tonem złożonym z przygany i dumy. Mój Kubuś nie zje szyneczki normalnie na chlebie, tylko mu synowa wycina misie z plasterków. A jak czasem u mnie je, to proszę paniom, ile ja się nakombinować muszę żeby zjadł (jeszcze więcej przygany i jeszcze więcej dumy). Ale co pani? Amelka ma apetyt za dwóch, wszystko ładnie je. A jak u mnie jest to tylko mówi „babciusiu, patrz, Amelka robi am-am“. Ach widzi pani, bo ten Kubuś to taki nauczony od małego, że synowa za nim z talerzem, a on w płacz. Ale jak ja mu czasem kanapeczkę na takie kawałeczki pokrajam to zje, wszystko zje, nawet nie zauważy, no taki sposób na niego wymyśliłam. A wie pani, ostatnio tu na kiermaszu odzieży kupiłam Amelusi taką wielką kaczuszkę, że prawie większa od niej. Mała mi się na szyję rzuciła i powiedziała proszę paniom „Babciusiu, ja cię tak bardzo kocham!“. Proszę paniom, mój Kubuś to też tylko do babci i do babci. Jak przyjdę to synowa nie może dać rady, bo tylko z babcią siusiu, babcia ma kąpać, babcia ma pokroić chlebek w kawałeczki. No mówię Pani, że ten Kubuś tylko do babci.

Przystanek za przystankiem babcie masturbują swoje serca wspomnieniami niecierpliwych całusków za kaczuszkę. Za 5 lat Amelka dostanie rowerek uciułany z emerytury, trzy razy droższy niż potrzeba, ale znajomy sprzedawca powiedział, że no „dla Amelusi to będzie taka radość różowy rowerek”. A za 15 chłopiec z głosem prawie jak Kubuś pozbawi bezkrytycznie kochającą babciusię oszczędności życia.

Drogie Babcie, na tydzień przed Waszym świętem, życzę wszystkiego rozsądnego!

środa, 07 grudnia 2011

Przez dwa miesiące treningów tenisa stołowego wypracowałam wiele. I nie mam na myśli topspinów czy półwolei. Chodzi o rzecz znacznie trudniejszą. Chodzi o katorżniczą pracę, której celem jest zakwestionowanie na dwie godziny roli pani i roli pana. Chodzi o pracę której nie zrozumie nikt, kto nie był jedyną dziewczyną w drużynie.

I tak, Pan Janusz jest już Januszem i, co ważniejsze, nie schyla się już po każdą piłeczkę (bo przecież dżentelmen nie pozwoli kobiecie). Pan Sławomir, Sławek, już nie przeprasza za każde trudniejsze odbicie, które mi zafundował. Młodsi przestali się krępować i wymieniają ze mną spocone uściski dłoni na koniec gry. Słowem, dziewczyna w drużynie została oswojona i po prostu gramy. A w zasadzie graliśmy. 

Dziś na treningu pojawiła się Mariola. Przysięgam, że tak właśnie miała na imię. W legginsach i obcisłej bluzce z kokardą. Już podczas rozgrzewki koncentracja większości drużyny nieco osłabła. Zamiast stanika sportowego Mariola wdziała elastyczną balkonetkę. Innymi słowy - zaprezentowała efekt biegnącej w kostiumie kąpielowym Pameli Anderson. Potem okazało się, że Mariola jest mocno początkująca, no ale przecież każdy kiedyś zaczynał. Gorzej, że Mariolę bardzo śmieszy odbijanie piłeczki. Im piłeczka leci wyżej, tym bardziej. A jak nie trafi w stół to w ogóle jest śmiesznie że hej. Chłopaki przynoszą Marioli piłeczki, i grają w zwolnionym tempie. Mariola odwdzięcza się perlistym śmiechem. W radosnej atmosferze Mariola wygrywa kolejne mecze, tempo jest coraz bardziej zwolnione, w powietrzu wisi nienzane dotąd napięcie. Mariola gra ping, on na to pong, Mariola znów ping, on dalej pong. Tańczą ten taniec w slowmotion, napięcie rośnie, a piłeczka już prawie przy suficie, melodia do tańca perlista.

Już nic to, że dorobek dwóch miesięcy zniweczony. Już przełknę, że ten slowmotion i ciężka atmosfera. Ale kim ja do cholery teraz jestem przy tej Marioli z kokardą. Paniopan?

czwartek, 17 listopada 2011

Dzisiaj pobawimy się w modelki, zarządziła Andżelika, której tato jest w Enerefie. Oceniać dziewczynki będzie też Bartek, bo jedyny w klasie ma magnetofon i Paulinka, bo ma różową sukienkę od chrzestnego z Ameryki, a Pani Wychowawczyni powiedziała że jest śliczna jak księżniczka.

Pierwsza konkurencja – rzucanie się kluskami z obiadu. Bartek mówi, że umiejętność ataku kluskowego jest kluczowa w tym zawodzie, bo widział w kolorowej telewizji jak dwie panie się rzucały spagetti. Paulinka nie ma litości dla swoich koleżanek i mówi, że wielcy projektanci na pewno nie uszyliby nic dla nich, skoro tak źle rzucają się kluskami. Andżelika wydaje werdykt – wygrała Ania! Choć wyglądasz, Aniu, jak Miś Uszatek, tym razem udało ci się, bo rzuciłaś makaronem aż do huśtawki. Mój tato mieszka w Enerefie to wiem, że to ważne w tym zawodzie.

Druga konkurencja – bekanie na czas. Kasia strasznie się stara, aż zsiniała, ale Bartek na to – czy to był bek, czy raczej piard? Paulinka w swojej różowej sukience prycha, od razu wiadomo, że w Ameryce takie beknięcie by nie przeszło. Kasia już wie, że nie będzie modelką, że nieumiejętność wymownego bekania oznacza że nie potrafi pokazać emocji i to przekreśla jej szanse w haj faszyn. Wygrała Lidka, bo tak się zbekała, że aż zwymiotowała. Lidko, dziś pokazałaś, że potrafisz pracować nad sobą. Starasz się i, choć jesteś gruba jak świnia, zasługujesz na wyróżnienie.

Uwaga, proszę państwa, i ostatnia konkurencja! Bartek ogłasza, że teraz będzie pokazywanie pusi. Pokazywanie pusi jest kluczowe w tym zawodzie, jeśli któraś z was dziewczyny chce jechać do Mediolanu, do Paryża, do Nowego Jorku, musi pokazać pusię. Złotowłosa Karolinka, której świetnie poszły dwie pierwsze konkurencje pokaże, ale tylko Paulince i Andżelice i to za piaskownicą. Bartek prycha i uświadamia głupie sierocie, że taki Wersacze czy też inny wielki projektant musi widzieć pusię. Cóż Karolinko, i tak nie miałaś szans, bo jesteś brzydka i głupia. Dotąd nieśmiała Basia delikatnie uchyla majteczki w różczyczki. Lidka, która od początku zabawy bardzo się stara, pozwala nawet Bartusiowi pusi dotknąć.

Tamtaradam, tadadadam! Mamy zwycieżczynię! Wygrywa Lidka! W nagrodę będzie mogła przejść się po murku piaskownicy, tak wymyśliła Paulinka, której chrzestny mieszka w Ameryce. Bartek gratuluje laureatce i obiecuje jej że ona i pusia będą mogły razem z nim posłuchać magnetofonu. Andżelika zaborczo przytula Lidkę, nareszcie ma z kim obgadywać tę ohydną sukienkę Pauliny-Sriny.

Dzieci! Czas na Colgate!

niedziela, 30 października 2011

Jak tylko powiesz „ja z gruponem“ kelnerka nie kryje rozczarowania. Sadza cię przy stoliku w przeciągu, ewentualnie przy drzwiach do kibla. Z zaciśniętymi zębami przyjmuje zamówienie. Z przekąsem pyta, czy coś do picia. Miną dodaje „widziałam że nic, ty gruponowa świnio“. Z zamówieniem się nie śpieszy. Najpierw obsługujemy normalnych gości, potem długo długo nic i wtedy kolejka jest na gruponowych. W trakcie jedzenia kelnerka spogląda, czy te gruponowe świnie nie ukradną aby cukiernicy, jednocześnie oczami sygnailizując, że jak się je za pół ceny, to nie powinno się tak długo blokować stolika. Potem okazuje się, że dla gruponowych sos do pizzy dodatkowo płatny. No i na koniec wręczasz swojego grupona kelnerce, której mina mówi „nażarłeś się za pół-darmo i wiem, że nie dasz napiwku“. No to nie daję.

Zakupy grupowe największą promocją dla knajpy!

czwartek, 13 października 2011

W trzeci dzień jesiennej chandry postanowiłam zawalczyć. Wyłącznie pierwotne przyjemności, jeść i bezmyślnie oglądać w ubraniach pod kołdrą. W spożywczym wybór padł na wędzoną makrelę i kiść winogron, na torrencie natomiast na romans z epoki. Po dwóch godzinach oczekiwania okazało się, że ściągnięty romans z epoki jest uszkodzony, a makrela zagryziona winogronami najwyraźniej chce mnie zabić. Aby dopełnić ten wieczór zażyłam ketonal i czekoladę. Resztki czekolady wgniotły się w prześcieradło tworząc bardzo kontrowersyjne plamy. Teraz przynajmniej stan mojego ciała osiągnął poziom stanu mojego ducha. Stan prześcieradła zaś symbolizuje stan świata, który mnie otacza.

środa, 17 sierpnia 2011

Wśród górskich turystów szczególnie widoczne są dwie skrajne grupy.

Pierwsza z nich to bezideowcy. To, gdzie przyjechali jest dziełem przypadku. W górach bawią się tak samo, jak przy molo w Sopocie albo na dniach Płońska. Jeśli już wybierają się na szlak, to z kacowym chuchem, w białych pumach i z piwem do gaszenia pragnienia. Ważnym aspektem jest uwiecznianie wycieczek. Na szczycie mężczyźni chętnie wychodzą za barierkę i brawurowo wychylają się nad przepaścią, podczas gdy dziewczęta piszczą i cykają na pamiątkę. Wieczorami bezideowcy prezentują uzdrowisku swoje ekstremalne możliwości balangowania. Bezideowcy w wersji trochę starszej zatykają swoim dzieciom buzie kolejna porcją lodów, przy okazji wakacyjnego rozprężenia przypomniają sobie radość życia i rzucają się na parkiet, gdy leci „Żono moja“. Wakacje to wypoczynek na szlaku grilowanej kiełbasy i zimnego piwa.

Drugi biegun to ortodoksi. Poznać ich można po wielkich plecakach ze stelażem, do których przymocowane są blaszane kubki i sandały. Do wsiąkania potu objucznemu fanatykowi służy bandana. Ortodoks gardzi każdym nieortodoksem. Jako że on zostawił w górach serce i widział bieszczadzkie anioły, to postuluje karę śmierci dla wszystkich, którzy wynajmują pokoje z łazienką, chodzą na popularne szlaki i nie robią scyzorykiem kanapek z mielonki turystycznej na rowie. Ortodoksi spędzają czas w swoim gronie, wspólne chwile umilają sobie brzdąkaniem na gitarze i dowcipach o nieortodoksach, którzy przyjechali w góry kompromitować się brakiem profesjonalizmu. Bycie ultrasem wymaga wielkiego zaangażowania, ale nagrodą są przeżycia mistyczne.

Ja mam pociąg do grilowanej kiełbasy i dobrych butów na górskie wycieczki.

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Powszedni poranek to rozkoszny relaks w tramwaju. Można czytać, patrzeć za okno albo na współpasażerów. Najmilsze dwadzieścia trzy minuty dnia. Żeby starannie dobrać tramwaj, wstaję dwadzieścia minut wcześniej. Przepuszczam te zatłoczone i modele, których nie lubię (typu 105 z uchylnymi, a nie przesuwanymi oknami). I wtedy, gdy już spełnione są warunki brzegowe udanej podróży, z drugiego końca wagonu ktoś macha wesoło. Jeszcze próbuję udawać, że to pomyłka, że myślałam że tylko sobie pomachamy. Ale osoba znana prawie tylko z widzenia już ochoczo dostawia się. Zaczynamy zajmującą konwersację. To ty tu? Codziennie tym tramwajem? Maskuję zniecierpliwienie. Jeszcze tli się nadzieja, że po minucie odpuści, że zrozumie. Na wszelki wypadek odpowiadam zdaniami pojedynczymi. W takich sytuacjach wszystko może być pretekstem. Trzeba się pilnować. Co rusz zapada krępująca cisza. Unikamy swojego wzroku. Już zaczynam wierzyć, że wątki wyczerpane. Ale przecież temat leży pod nogami, wystarczy się schylić (w jakiej dzielnicy kto pracuje, na którą chodzi do pracy, a na którą by wolał). Kolejna żenująca pauza zostaje przerwana pytaniami pogodowymi (jak znosisz deszcz? jakie temperatury latem preferujesz? lubisz słońce?). Resztką sił zdobywam się na wzajemność. Na pytania o wakacje odpowiadam już opryskliwie (ulubione destynacje, plany tegoroczne, zeszłoroczne). Po pytaniu o wymarzone wakacje podejmuję decyzję, że powiem asertywnie, choć taktownie, jak bardzo, bardzo nie chce mi się prowadzić tej beznadziejnej rozmowy. Ale on wysiada. Nieświadom, że odebrał mi 20 z 23 najmilszych minut dnia. 20 minut z krótkiego życia. Z życia, które już się nie powtórzy.

czwartek, 21 lipca 2011

Pewnie nie są protestantami, ale są ucieleśnieniem ich wartości. Prowadzą stoisko warzywno-owocowe na Rondzie Wiatraczna. Mężczyźni prawdopodobnie są sadownikami, bo nigdy ich nie ma, kobiety zajmują się sprzedażą płodów. Pani matka z ciemnym wąsikiem i w dostojnym koku a la starsza pani z powieści Lucy Maud Montgomery nie każe wybrednym klientkom przebierać gruszek w skrzynce. Szerokie biodra uwydatnione są przez zgrzebną, granatową spódnicę z krempliny. Spracowane ręce sprawnie przeliczają monety. Nie uśmiecha się tak, jak na okładce czasopisma „Nowoczesny sad”, która wywieszona jest na ścianie. Surowa twarz jest gwarancją najwyższej jakości produktów. Obok uwija się córka. Bez wąsa, ale też w koku. Szerokie biodra podkreślone są opiętymi dżinsami z podwyższonym stanem. Nie jest tak ascetyczna jak matka – w uszach błyszczą złote kolczyki „podkówki”. Rozdaje więcej uśmiechów i pozwala przebierać w papierówkach. Uwija się w ten sobotni ranek bez żadnego oszukiwania matki, chociaż ma dwadzieścia lat. Pakuje paniusiom włoszczyznę i buraki z takim fachowym wdziękiem, że chciałoby się oddać jej pod opiekę na zawsze. Tak jak Francja ma swoją Mariannę, tak i Polska powinna mieć swoją, przypuśćmy, Renatę. Ucieleśnienie mleka i miodu, piękna polskiej przyrody, smaku polskich jabłek i wartości, które mogłyby narodowi przyświecać, a nie przyświecają.

środa, 15 czerwca 2011

Niespiesznym spacerkiem, tak jak lubię, szłam na tramwaj. Wśród mokotowian z siatami zapatrzonych w jakieś abstrakcyjne punkty przed sobą, zaintrygował mnie odziany na sportowo mężczyzna. Nie spieszył się jak reszta i rechotał do telefonu komórkowego, który trzymał przed sobą. Zaciekawiona, zajrzałam mu przez ramię. A tam na wyświetlaczu długie nogi na obcasach i tyłek ledwo obciągnięty krótką spódniczką. W mig zorientowałam się, że tu się nie odtwarza filmu, ale tu się go właśnie tworzy. Tyłek obciągnięty spódniczką i długie, opalone nogi na ekstremalnie wysokich obcasach okazały się własnością dziewczyny idącej przed operatorem telefonicznej kamerki. Krew uderzyła mi do głowy. Przecież nikt życzyłby sobie być stymulatorem masturbacyjnym dla jakiegoś obrzydliwego orangutana!
Najpierw próbowałam przekonać twórcę filmu, jak bardzo żenujące jest to co robi. On jednak dalej rechotał, drapał się po jądrach i filmował namiętnie. W końcu przemówił „też byś chciała tak wyglądać, co?”. Sprawa wyglądała na beznadziejną, postanowiłam więc poinformować ofiarę. Nie zważając na protesty kamerzysty „ty jebana zazdrośnico!”, spełniłam swój obowiązek. Jak się okazało, interwencja była nie w smak także dziewczynie z nogami. Nie zaniechując kroku godnego miss Mazowsza oznajmiła mi, że wie o wszystkim. Minę musiałam mieć nieciekawą, bo na pożegnanie obdarzyła mnie uśmiechem politowania. Z poczuciem klęski udałam się na przystanek, żegnana dobitnymi „fakami” przesyłanymi mi przez orangutana. A na koniec, aby nikt na przystanku nie miał żadnych wątpliwości co do naszej relacji, wydarł się „a ciebie to ja bym nawet przez szmatę nie ruszył!”. Przytkana tak negatywną oceną mojego seksapilu, zdobyłam się tylko na kolejnego faka. Nie dość że niewarta filmowania, zazdrosna, wtrąca się, to i ciętej riposty na czas sklecić nie potrafi. Muszę sobie jeszcze siebie przemyśleć.

EDIT: po pierwszych komentarzach pełnych ciepłego współczucia, wydaje mi się konieczne dodać, że nie czuję się upokorzona przez orangutana i jego ocenę mojego seksapilu.

niedziela, 22 maja 2011

Na imprezie u sąsiadów, na której znalazłam się przypadkiem. Wchodzę do pokoju pełnego dziewcząt. Automatycznie ustawiają się w szpaler, na którego końcu siedzi na krześle gospodyni imprezy, i jednocześnie, z jakiegoś powodu, bohaterka dnia. Następuje cisza. Rozpalona bohaterka dnia wyciąga do mnie rękę na powitanie, ale jakoś tak dziwnie nadstawioną, jakby do pocałowania. Nie wiem jak się zachować, napięcie rośnie. W końcu podpowiada wymachując mi ręką przed samymi oczami. Okazuje się, proszę państwa, że to przyjęcie zaręczynowe! Zostaję usadzona w kobiecym gronie, abym i ja mogła usłyszeć o tym jak On nagle klęknął na lekcji salsy. Wzruszamy się, zadziwiamy, zamyślamy o kolejnym mężczyźnie, który nareszcie zrozumiał, co jest najważniejsze. Aby temat się kręcił, każda po kolei dodaje coś od siebie. Mama okularnicy z monstrualnymi biodrami brała ślub w zimę stulecia. Na zdjęciach, które najwyraźniej często oglądała, zanim dorobiła się swoich, wśród gości w kożuchach panna młoda stoi w cienkiej narzutce na ramiona. Dreszcze wzdrygają wszystkie plecy. Dziewczyna w czerni sama uszyła swoją sukienkę. Ma dwie lewe ręce, ale tak sobie obiecała i dopięła swego! Bohaterka wieczoru zdradza, że choć chciałaby wiosną, to już teraz wymyka się z pracy i przymierza sukienki. Dziewczyny dookoła ofiarują co mogą: jedna swoje córeczki do sypania kwiatków, druga może zrobić bukiety, biodrzasta zapyta siostry, czy by nie uszyła sukienki. Chłopaki dobijają się do drzwi, ale nie wpuszczamy ich, żeby temperatura nie spadła. Ogrzewamy się uniwersalną, dziewczyńską historią szczęścia.

poniedziałek, 09 maja 2011

Jest taka oddzielna seria harlekinów – Medical – gdzie On zawsze jest lekarzem. Swojej serii nie mają dzielni górnicy, przystojni aktorzy, męscy tirowcy ani bogaci biznesmeni. Tylko lekarze bowiem posiadają wszystkie te zalety naraz. Idea oddzielnej serii Medical bawiła mnie, póki nie zmieniłam wysłużonej, apatycznej dentystki na młodego, prężnego dentystę. Dzielny, przystojny, męski i bogaty, a w dodatku znieczula na każde żądanie. Nic to, że na co dzień wywierca próchnicę. Taki jest zawód współczesnego herosa.

Dziewczyńskie serce nie znosi próżni. Gdy już naprawiłam wszystkie zęby, przerzuciłam swój afekt na laryngologa. I nic to, że na ostatniej wizycie wysysał mi małym odkurzaczem pooperacyjne resztki z nosa. Wydał mi się jeszcze dzielniejszy, jeszcze przystojniejszy, jeszcze bardziej męski i jeszcze więcej bierze za wizytę (bogatszy!). W mokasynach na gołe stopy przechadza się po swojej własnej przychodni, wygląda jak z okładki Men's Health, i dałabyś się pokroić za pół etatu pielęgniarki dzielnie trwającej przy swoim doktorze.

Młoda kobieta z klasy średniej płaci nie za borowanie ani grzebanie w nosie, ale za godzinny seans terapeutyczny z mężczyzną idealnym. Z takim, dla którego najdrobniejszy dyskomfort pacjentki jest powodem do  zmartwienia. Można zwierzyć się takiemu z najbardziej intymnych spraw, a on nie będzie zamęczał swoimi opowieściami. Przez cudowną godzinę jej problemy nabierają wagi i można je razem kontemplować. A na koniec seansu terapeutycznego mężczyzna idealny pomaga jej zejść z fotela, zupełnie jak pan Darcy pomagał Elisabeth zejść z faetoniku (dla nieczytających Jane Austin – rodzaj powozu).

Dlatego, Dziewczyny, nie żadne SPA, ani psychoanaliza, ani fitness, ani nawet pudełko czekoladek. Nie masz jak prywatna wizyta u specjalisty. Wysłucha, pogłaska, pocieszy – a potem skasuje, żebyś należycie doceniła te wspaniałości. 

niedziela, 01 maja 2011

Na L4 można zaszaleć. Zbolałe ciało powinno być karmione prostymi węglowodanami, a zbolała głowa prostą literaturą. Przed planowaną operacją rodzina zaopatrzyła lodówkę w bigosy, kurczęta, wieprze oraz rozliczne słodkości. Sama zaś zaopatrzyłam się w książki w pobliskiej bibliotece. I podczas gdy rosyjskie kryminały to bigos i wieprzowina, książka, której tytuł zdradzę za moment, to odpowiednik podłych, przeterminowanych cukierków pudrowych o smaku tutti-frutti, które je się ze wstydem, nie zaspokajają głodu na słodycze, a potem długo pali zgaga. Tak, przeczytałam Kalicińską. Każda kolejna strona to niesmaczny cukierek, wyprodukowany przez złego cukiernika, ale zupełnie nieświadomego swych niedoskonałości. Powiem więcej, przez cukiernika, któremu prawdopodobnie wydaje się, że te cukierki pudrowe to wyborny, nowoczesny deser podawany w najmodniejszych knajpach samej stolicy. Przesłodzone, ze sztucznym aromatem, brak wartości odżywczych, puste kalorie. I chociaż wiesz, że kolejny cukierek będzie smakował tak samo źle, to  sięgasz po niego pod osłoną nocy. Rozglądasz się, czy nikt nie widzi i brniesz w to całe rozlewisko. Budzisz się z tą zgagą i myślisz nigdy więcej pudrowych cukierków i Kalicińskiej, i tak aż do następnego razu, póki nie zapomnisz o ciężkiej nadkwasocie żołądka i póki nie nawinie się to w potrzebie chorego ciała i głowy. Pełna nadziei, lecz świadoma niepewnej przyszłości ogłaszam: Śmierć pudrowym cukierkom!

środa, 20 kwietnia 2011

Do bozi w trwodze

Boziu, droga boziu
Prowadź endoskop
Żeby tam w mym nosie
Wyszło wszystko prosto

Boziu, droga boziu
Zrób bez komplikacji
Wszelkie powikłania
Źródłem mej fiksacji

Boziu, droga boziu
Jeśli masz zabierać
To w swej wspaniałości
Daj choć wybierać

Zostaw droga Boziu
Oczy moje czarne
A jeśli masz zabrać
Zabierz życie marne

Boziu, droga boziu
Wiem, że ciebie nie ma
Lecz twój niebyt w strachu
Przedmiotem zwątpienia

sobota, 16 kwietnia 2011

Happy hour w aptece nazywa się „tania godzina“. Od pierwszej minuty w kolejce ustawiają się emeryci. Widać, że dzień był zaplanowany pod "tanią godzinę". Tempo też jest emeryckie. Cukrzyca, ciśnienie, reumatyzm – stawka w kolejce rośnie. Na sękatą dłoń dziadzio z laską wysypuje bilon ze skórzanej podkówki i podstawia młodej farmaceutce. Ona wybiera końcówkę, a on cieszy sie tymi kilkoma sekundami, gdy ktoś muska opuszkami jego starą, samotną rękę. Pani w tym samym wieku co dziadzio z laską nie jest tak rozczulająca. Spowita w welur i złoto wymusza na aptekarce pytania o zdrowie. W końcu udaje się jej sprowokować to, o które najbardziej chodziło. „RAK, proszę pani!", potem ciszej i z odrobiną wstydu, że niezłośliwy. Ale nie przeszkadza to pokazać miejsce po raku pod bawełnianą opaską na czole. Podbija stawkę tym, że ma jeszcze z tyłu na szyi. Licytacja na nieszczęścia zakończona. Podstępem, ale wygrała dzisjeszą „tanią godzinę“.

poniedziałek, 14 marca 2011

Nareszcie pracownik korporacji może zaprezentować się na rowerze. W pierwsze słoneczne dni nie musi razem z przygnębiającą masą wylewać się z tramwaju, aby jednostajnym, karnym marszem udać się do swojego boksu na dziesięć godzin. Ze słuchawkami w uszach, z długaśną bagietką w koszyku, na nowiuśkim holendrze może poczuć się jakby mieszkał w Amsterdamie, a przynajmniej pracował w NGOsie.

W niedzielę natomiast wszystkie Amelki i Oliwki wyprowadzane są na spacer. Debiutują na plastikowych, różowych rowerkach. Objedzone niedzielnym schabowym rodziny udają się na przechadzki w pierwszych promieniach słońca, w nieodpowiednim obuwiu grzęznąc w pozimowym błocie. O czym tu gadać na spacerze z rodziną?

Ludzie, to wiosna przyszła!

wtorek, 22 lutego 2011

Podczas śniadania z porannego odrętwienia wyrwał mnie odgłos soczystego walnięcia pięścią w stół. Ten charakterystyczny dźwięk z rana pasuje do jednej, rzadkiej okazji. Zdarza się co najwyżej kilka razy w roku, jednak gdy przychodzi, namiętna celebracja pochłania mnie całkowicie. Pięścią w stół walnęłam ja sama, bo radio trzeszczało. Oto nadszedł Dzień Bezpodstawnej Złości.

Gdy już nadchodzi to święto, wszystko okazuje się dopięte na ostatni guzik. Radio trzeszczy, tramwaj się spóźnia, pasażerowie nie dość, że pchają się bez kultury, to nawet wyglądają dziś tak, że przekleństwa same cisną się do gardła. W ten wyjątkowy dzień uroczy sąsiad staje się starym, zapijaczonym dziadem. Śnieg jest brudny i posikany. RWE niesprawiedliwie nalicza mi kilowatogodziny. Serek wiejski okazuje się skwaśniały. To ten chytrus wyłącza na noc lodówkę!

Mózg działa intensywnie szukając rozwiązań. Wyegzekwować pieniądze za serek, za straty moralne, zrobić karczemną awanturę na całe osiedle, zgłosić sprawę do sanepidu, powiadomić prasę, co robi się z nabiałem w sklepie na modnym osiedlu na Mokotowie, prowadzonym przez niemoralnego człowieka, który naraża ludzkie zdrowie i życie, aby się nachapać. Przejść do czynu jednak nie mogę, bo zaczyna mnie absorbować kolejny skandal. Idzie człowiek z ohydnym psiskiem na smyczy tak długiej, że zajmują cały chodnik. W jego (właściciela psa) przebiegłych oczach widać lekceważenie dla umowy społecznej. Długo patrzę za nim, czy aby jego pies nie zrobił kupy na chodniku. Mogłabym wtedy podejść i wyrazić swoje oburzenie podłym aktem defekacji na chodniku, będącym jawnym pogwałceniem wszelkich zadsad współżycia społecznego. Jak bardzo zasługuje na potępienie (na pewno pies zesrał się zaraz za zakrętem, jak już nie widziałam), nawet nie chce mi się myśleć. Do głowy przychodzą mi przekleństwa, których wcześniej nie znałam.

Aby nasycić się mocnymi emocjami na dłużej, natura Dzień Bezpodstawnej Złości zaprojektowała tak, żeby ciągnął się w nieskończoność. Kiedy zmęczona obmyślaniem sposobów egzekwowania swoich niezbywalnych praw konsumenta i człowieka wracam do domu, zawodzi mnie nawet zawartość skrzynki pocztowej. Z trudem zdobywam trzecie piętro, po schodach na które jakiś degenerat godny najwyższego potępienia rzucił peta. Teraz leżę na łóżku i boję się ruszyć, żeby znów nie zetknąć się ze zgnilizną, brzydotą, głupotą i chamstwem.

Losie. Ześlij już sen, zanim opowiem się na jakimś forum, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, za karą śmierci.

poniedziałek, 14 lutego 2011

W Walentynki na Grochowie zakochana para stoi w kolejce w samoobsługowym. Mimo jej zniszczonych włosów i jego zniszczonych paznokci, z pewnością nie skończyli jeszcze szkół ponadgimnazjalnych. Robią zakupy na romantyczną kolację we dwoje. W skład romantycznej kolacji we dwoje wejdą cztery Żubry, po dwa na głowę. A kolacja prawdopodobnie odbędzie się pod gwiazdami. Solidarnie trzymają po dwie puszki. Ona trochę niepewna najpierw udaje słodką nastolatkę. Wydymając usteczka żąda żelkowego lizaka w kształcie bajkowego psa. Ale on prycha, jednym zdezelowanym wyrazem twarzy pokazując, co myśli o lizakach, które kosztują tyle co puszka piwa. Ona więc zmienia strategię na znudzonego eksperta. „Fajna ta Finlandia z tymi małymi buteleczkami. Ale wiesz, to jest zero-pół”. Tu Romeo znów nie komentuje starań ukochanej, tylko miną zaznacza, że to nie ta rola, nie ta kwestia, nie ta okazja. Na szczęście teraz ich kolejka w kasie. Tu już mniej solidarnie, za to bardziej feministycznie. Ona wysypuje z plastikowej portmonetki bilon na tackę i płaci za wszystkie Żubry. On robi minę, która doskonale wyraża to, co myśli na temat płacenia bilonem. Prezentuje ją ekspedientce oraz wszystkim w kolejce. Na koniec ona bierze Żubry pod pachę i truchta za nim, wypowiadając wiele słów, z nadzieją, że któreś w końcu mu się spodoba. Jest szczęśliwa, bo pierwszy raz zakochana z wzajemnością.

niedziela, 30 stycznia 2011

Znalazłam w rodzinnym domu pękaty zeszyt z czasów trzynastoletnich. Nie wiedzieć czemu, taki zeszyt nazywał się „Złote Myśli”. Na pierwszej stronie znajdowały się pytania, które wówczas wydawały mi się niesamowicie intymne (a szczególnie „Podaj inicjały swojej sympatii”, dla którego to pytania cały zeszyt się w ogóle zakładało). Oprócz pytań niesamowicie intymnych, były też pytania mniej intymne. Zadawanie ich pewnie miało jakieś uzasadnienie, jednak dziś trudno mi wyobrazić sobie jakiekolwiek („Podaj imiona swoich rodziców”). Kolejne strony to odpowiedzi kolejnych koleżanek i kolegów.  Sądząc po kolejności osób wpisujących się – trzeba było jechać według struktury prestiżu w klasie. Pierwsza była niekwestionowana liderka opinii i gwiazda socjometryczna w jednym. Jej dobre pochodzenie społeczne współgrało z pewnością siebie i rozlicznymi talentami. Po odpowiedziach czuło się MTV, lekcje angielskiego i luz osoby, która ma starszego brata. Druga była ta, która pełniła rolę księżyca krążącego dookoła liderki klasowej opinii. Odpowiedzi na pytania były powieleniem odpowiedzi liderki, w mniej błyskotliwej formie. Trzeci jest najwyżej położony w strukturze chłopak. Zakochany w liderce opinii i jako jedyny odważa się podać odpowiedź na emocjonujące pytanie o inicjały sympatii. Innych zainteresowań nie wymienia. Tylko w pytaniu o to, czym jest dla niego miłość (ciekawe pytanie do trzynastolatka) podaje że to rozumienie się dwóch stron. Potem lecą kolejne osoby w hierarchii, wszystkie taktownie wymieniają mnie w pytaniu o trzy najlepsze koleżanki („no i oczywiście ty”). Na koniec przychodzi kolej na klasowego dziwaka, który wszystkie ‘nie’ z czasownikami pisze łącznie („Niewiem”, „Niemam”), a na pytanie o ulubionego poetę wyłamuje się z klasowej mody (Wisława Szymborska), i stwierdza, że jest nim… Kołodko.  Na koniec, żeby sztucznie podkręcić ilość złotych myśli, dałam wpisać się młodszemu bratu, który przecież w kontekście odpowiedzi na pytanie o inicjały sympatii, tak bardzo się nie liczył w zeszyciku. Nawet dla moich klasowych koleżanek, dla których różnica jednego roku stanowiła wówczas pokoleniową przepaść.

Tak sobie przeglądam zeszycik ze wzruszeniem i wstydem. Myśmy wtedy byli naprawdę naiwni. To nie były konsekwentne, przemyślane wizerunki dzisiejszych trzynastolatków, tylko przesłodkie deklaracje prowincjonalnych dzieci, które lubią rocka i wymieniają jako przykład zespół Kelly Family  (ktoś jeszcze pamięta?). A wstyd, bo w klasie była jasna hierarchia społeczna, która sprawiła, że moja ówczesna przyjaciółka była dopiero czwarta w moim zeszyciku. Czego dziś jest mi bardzo, bardzo wstyd.

czwartek, 30 grudnia 2010

Nie przystoi ominąć tematu junk foodu, będąc w jego ojczyźnie. Tym bardziej że po niecałym tygodniu na amerykańskiej diecie jestem w stanie, który określiłabym, nie wdając się w zbędne szczegóły, sformułowaniem „na moment przed eksplozją”. Hambuksy, bajgle, buritosy, pizza, na deser czipsy, ciastka, wszystko zapite colą, już nawet nie sugarfree. Dwulitrowa cola jest tańsza niż półlitrowa (dosłownie! 1,79$ vs. 2$), zwykła czekolada nie istnieje, ale zamiast niej są tysiące produktów „chocolate flavored”, chleby pomiędzy sobą różnią się wyłącznie nazwą, ale za to świeżość zachowują w nieskończoność (to dopiero jest przerażające!). Wszystko sprzedawane jest w megaporcjach, nie jest łatwo o jedną colę w puszce, łatwo jest o ośmiopak puszek. W mojej żydowsko-pakistańskiej części Brooklynu można też dostać etno fast-food: z jednej strony koszerne bajgle, koszerna pizza i koszerne co tam sobie kto życzy, z drugiej pięknie pachnąca pakistańska kuchnia, ale w tak obskurnym entourage’u, że przeciętny, nowojorski, śmierdzący macdonalds wygląda przy tym jak lokal klasy A. Amerykańskie jedzenie jest też „przecechowane”. Neologizm ten oznacza to, że słodycze są naprawdę przesłodzone, zimna cola jest zbyt lodowata, na bajglu jest tyle creamy cheese, że spływa po ręce. Gdyby chcieć określić jednym sformułowaniem amerykańską kulturę jedzenia, to pewnie byłoby to coś w rodzaju „przesada posunięta do absurdu”. Szczególnie jeśli żyje się tu z ograniczonym budżetem i trzeba jeść fast food. Klasyką amerykańskiego posiłku jest to, co jadłam kilka dni temu na obiad. Był to gigantyczny hamburger, niemożliwy do objęcia szczęką jako kanapka. Do hamburgera podano jako warzywo plaster obrzydliwego, bezsmakowego pomidora (na szczęście zawsze w pogotowiu jest keczup). A do tego surówka Cole Slaw w ilości równej – uwaga, uwaga, tu naprawdę nie koloryzuję – objętości nakrętki do butelki. Każdy kolejny obiad uprzytamnia mi, że stosunek śmieciowej części posiłku do ilości surówki w opisanej porcji, jest amerykańskim golden standardem kulinarnym.

Przed chwilą wyrzuciłam do kosza paczkę Pringles o smaku sour cream and onion. Niech to będzie symbol tego, że od jutra jem inaczej. I choćbym miała zejść cały NY, znajdę jakąś zupę.

czwartek, 23 grudnia 2010

Konsumpcyjne żądze dotykają wszystkich szczebli w drabinie społecznej. Do Złotej Teresy wybierają się młodzi przedstawiciele klasy średniej. Tam, w świątecznej aranżacji, rzucają się na złoto-czerwone gadżety, aby w wigilię uszczęśliwić licznych najbliższych. Potem na fejsa wrzucają relację o drobnych przyjemnostkach przedświątecznych, wśród których pakowanie prezentów w migotliwym świetle choinki wysuwa się frekwencyjnie na prowadzenie. Praga natomiast szaleje za bony pracownicze na Wileńskim. Podniecone rodziny, z niezdrowymi wypiekami na twarzach, krążą między półkami. Na twarzach widać pytanie „co by tu jeszcze?”. Może jeszcze jedna puszka groszku konserwowego? Może jeszcze z pół kilo polędwicy sopockiej? Może jeszcze ze dwie butelki wódki? A może by tak większą plazmę? Przecież jest Boże Narodzenie! A na Grochowie dwoje przedstawicieli klasy bezrobotnej na ręcznym wózku ciągną nowiutką wersalkę, pomarańczową w granatowy rzucik. Święta są, raz się żyje.

Dla jasności dodam, że ja w ostatnim tygdniu kupiłam pastę do zębów, bochenek chleba, masło oraz kilka gazet.

sobota, 27 listopada 2010

Dostałam dziś wiadomość na fejsie od nieznajomej. Zdarza się, na różnych portalach. Ale ta poruszyła mnie wyjątkowo. Otóż, rzekoma studentka medycyny z Białegostoku poprosiła mnie grzecznie o „zrobienie kilku zdjęć bosych podeszw stóp”. Są jej potrzebne jako ilustracje do pracy zaliczeniowej o akupresurze. Z pełną szczerością wyjawiła, że jej stopy do ilustracji się nie nadają, bo ma halluksy. Na początku miałam olać, tak jak wszystkie prośby o wypełnienie ankiety, przyjęcie zlecenia na napisanie pracy licencjackiej tudzież te o adoptowanie kotka znalezionego w lesie. Ale ja, która zamierzam podarować ciało po śmierci nauce, aby adepci medycyny do woli mogli mnie rozkrajać i zszywać, wyślę zdjęcia rzekomej studentce. Dla postępu w medycynie – wszystko!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5