poniedziałek, 04 lipca 2016
Oszustwa dzieciństwa

Pani od wuefu uczyła nas zasad drogowych przed egzaminem na kartę rowerową. Stała naprzeciwko nas i mówiła, że jak skręcamy w prawo to wyciągamy tą rękę - i wyciągała lewą. Słusznie założyła, że dzieci stojące naprzeciwko zobaczą jej lewą rękę po stronie swojej prawej ręki. Niesłusznie założyła, że wszystkie dzieci zrozumieją co trzeba zrobić. Zasada wydawała mi się głupia, ale przecież chciałam zdać egzamin. Wytłumaczyłam sobie, że ta odwrotność służy zachowaniu równowagi na rowerze przy skręcaniu. Na egzaminie nawet Makówka dobrze wyciągał ręce. A jak jechałam ja - egzaminatorzy łapali się za głowę, a cała klasa z oddali krzyczała „NIE TĄ!!!!”. Egzamin zdałam, bo wszyscy zdawali. Ale tego, jak mnie wrobiła pani Aldona ani nie zapomniałam, ani nie wybaczyłam.

W ferie w telewizji pani pokazywała, jak ulepić różne zwierzęta z plasteliny. Miała przygotowane kolorowe kulki. Wszystkie kulki były miękkie i pani z łatwością zmieniała ich kształt. Miały też wspaniałą przylepność i łatwo było połączyć ze sobą dwa dowolne kawałki. Przez całe dzieciństwo nie widziałam plasteliny innej niż wielka, szara bryła, którą wychowawczyni wyjmowała z szafy, sklejona z fragmentów dawnych figurek, które również powstały z wielkiej szarej bryły, która również powstała z szarej bryły. Nikt nie pamiętał, żeby plastelina ta kiedykolwiek miała kolor i dawała się urobić. Bardzo denerwowało mnie pokazywanie w telewizji takiej czystej, miękkiej i elastycznej plasteliny, bo wiadomo było, że taka plastelina istnieje tylko jako teoretyczna możliwość. 

Pani w telewizji pokazywała też, że dzieci mogą gotować w domu. Kiedyś zimą robiła potrawę z makaronu, twarogu i truskawek. Po pierwsze do zabawy nie marnuje się tyle makaronu. Po drugie zimą nie ma truskawek. Po trzecie dzieci wspólnie nazwały tę potrawę „Truski-Kluski”. I choć minęło z 25 lat, ciągłe we mnie żywe są uczucia: jak można robić tak głupią potrawę, jak można proponować dzieciom robić taką potrawę w sezonie nietruskawkowym i jak można ją tak głupio nazwać. I zawsze w sezonie truskawkowym przypomina mi się ta nazwa i sobie kurwa myślę, jak oszukiwano nas w dzieciństwie jakąś wizją świata, którego nie ma.

19:37, mejl_gosilli
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 czerwca 2016
instrukcja jak zmorfować gówno w złoto

Gdy jest ci smutno, gdy jest ci źle, gdy myślisz, że twoje życie to gówno, dobrze jest mieć w głowie prosty plan ucieczki. Wciskasz jeden guzik i wszystko się zmienia: stajesz się bohaterem pięknej historii, a gówno morfuje w złoto. Dlatego mamy eskapistyczne legendy. Mamy je po to, żeby ich nie realizować. Potrzebne są tylko jako hipotetyczne plany ewakuacji podane na tacy przez zbiorową wyobraźnię.

W 2006 można było wyjechać do UK. Klucz: odwaga. Ta historia zaczyna się smutno, bo od braku nadziei na normalne życie w Polsce. Ale kończy się szczęśliwie. Po 3 miesiącach można mieć tyle RTV i AGD, że w Polsce życia by brakło, żeby na to zarobić, a na wakacje trzy razy do roku, i nie zimowisko przy okazji odwiedzania matki w Grójcu, ale Majorka, Grecja i Kanary. Te historie zdarzyły się naprawdę, ale nie wiadomo, jak wygląda wszystko pomiędzy Majorką, Grecją, Kanarami, RTV i AGD.

W 2012 można było zostać startupowcem. Klucz: pomysł. W tej historii każdy jest w stanie z siebie wykrzesać przełomową ideę. Parzy cię uchwyt do łyżki jak jesz gorącą pomidorową? Przydałaby się nakładka na uchwyt izolująca wysoką temperaturę. I masz już pomysł na swoją drogę do emancypacji na rynku pracy. Wystarczy teraz już tylko rzucić robotę w korpo, kupić macbooka i znaleźć przestrzeń coworkingową. Nie wiem czy te historie się wydarzyły, ale słyszałam, jak ktoś dorobił się na szyciu spódniczek tutu, wyrobie tiulowych pomponów, produkcji misiów z pozytywką z dźwiękiem suszarki. 

Dziś można zostać programistą. Klucz: pilność. Po roku samodzielnej nauki kariera programistyczna stoi przed tobą otworem. Najczęstszy dowód w tej historii to znajomy osoby opowiadającej, który zimą programuje z ciepłych krajów. I koniecznie - nigdy nie był dobry z matematyki, pamiętam jak dziś, że głównie trójki miał w liceum. Ale przysiadł do tego no i widzisz. Do końca nie wiadomo, o co chodzi z tym programowaniem, oprócz tego że siedzisz w japonkach przy komputerze w ciepłych krajach. Ale dobrze pomyśleć, że jest taki guzik, który jak wciśniesz, to szef może ci naskoczyć, bo właśnie stajesz się niezależnym specjalistą w nowych technologiach.

 

Nie wiem jak skończyć tę refleksję. Może tak, że jebłabym to wszystko i wyjechała wypasać owce.

10:17, mejl_gosilli
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2016
tacy, kurwa, jesteśmy

Chcemy w garniturach jeździć po uliczkach na skuterach Piaggio do pracy jak w Mediolanie, ale ulice mieć dziesięciopasmowe i bez ograniczeń prędkości.  Chcemy jeździć po mieście na rowerach jak w Amsterdamie, ale z perspektywy auta lubimy nauczyć pokory rowerzystę podjeżdżając o te kilka centymetrów za blisko. Chcemy mieć wspólną przestrzeń jak w Berlinie, ale własne osiedla otaczamy płotami. Chcemy żeby było miło jak w Skandynawii, a bezdomnych wyrzucamy z tramwajów.

Naprawdę nie wiem, dlaczego szczytem obciachu wydaje nam się klaskanie w samolocie po lądowaniu. Szczyty obciachu osiągamy, gdy nieświadomi, że ktoś na lotnisku rozumie, po chamsku komentujemy skarpety w sandałach starszej pani oraz próbujemy bez biletu przejechać się komunikacją miejską.

Tacy właśnie, kurwa, jesteśmy, dlatego odpuśćmy sobie te wszystkie rowery, rameny i targi śniadaniowe.

czwartek, 21 kwietnia 2016
wpis

tralala. działa?

09:26, mejl_gosilli
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 kwietnia 2015

Dziewczyny z mojej klasy kupują włoszczyznę na krupnik. Noszą praktyczne tuniki. W słoneczne niedziele zakładają trencze ecru. Wyprawiają komunie swoich dzieci. Robią baleyage. Oglądają "Barwy szczęścia".  Grillują ze szwagrem i szwagierką.

Gdy spotykamy się gdzieś na ulicy na głos wymieniamy "cześć, co słychać?", a w myślach "o kurwa, dobrze, że nie jestem tobą". Co mnie cieszy, bo oznacza to, że jesteśmy szczęśliwe.

20:43, mejl_gosilli
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 marca 2015

Podstawową społeczną jednostką rozliczeniową jest para, jako pokraczna, ale jednak forma rodziny.

Matka na ścianie ma wystawkę zdjęć, trzy rzędy po dwa zdjęcia. W jednym rzędzie wisi ona z ojcem. W drugim rzędzie wisi brat i żona brata. W ostatnim rzędzie wiszę ja, a obok Jan Paweł 2. Nic nie łączy mnie z papieżem, ale kulturalnie wypełnia pustkę – na ścianie w moim rzędzie i w sercu mojej matki.

20:53, mejl_gosilli
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 lutego 2015

Okazało się, że miłość jednak nie jest migdałowym sercem w delikatnym kremie, otulonym świeżymi płatkami kokosa.

Zamiast płatków kokosa jest paniera z tartej bułki, zamiast delikatnego kremu warstwa tłuszczu, narosła przez lata. A w miejsce migdałowego serca transplantowano kawałek wieprzowej kiełbasy, która co prawda w trakcie spożycia bezpiecznie pachnie czosnkiem, ale jednak później przypomina o sobie tylko zgagą.

16:43, mejl_gosilli
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 grudnia 2014

Chcę z tobą porozmawiać. Musimy wzajemnie komunikować sobie nasze oczekiwania. Cieszę się, że mi to mówisz. Przyjmuję to. Choć jestem przez to zła. Nie jestem zła na ciebie, ale na sytuację. Coś nie zadziałało w komunikacji między nami. Zasmuciło mnie to. I zdenerwowało. Wiedz, że to dla mnie ważne. Bo wyczuwam w tobie jakiś żal. Wyjaśnijmy to sobie. Mam taką potrzebę. Bo teraz to nie jest dla mnie dobre. I przede wszystkim chciałabym, żebyśmy oceniały zachowania. Chcę, żebyś wiedziała, że jest mi po prostu przykro.

Tak fair, tak dorośle, tak mądrze. Strzelamy do siebie z dyskursu terapeutycznego.

A przecież wystarczyłoby:

- wkurwiasz mnie
- aha

poniedziałek, 15 września 2014
Czy pani oglądała ten program? Tej kobiecie odjęli nos. U Jaworowicz pierwszy raz pokazała.

W tym roku w Darłowie trzy tygodnie na wczasach kupy nie zrobiłam. A jak wracaliśmy, 20 kilometrów od domu, to mnie tak wzięło, że mówię mężowi żeby cisnął gaz do dechy!

Proszę pani, to nie jest podrzędny jakiś szpital. Ja tu ostatnio poszłam na spacer jak mnie przyjeli na ostro. I widziałam tego aktora. Seweryn sie nazywa. W "M jak milosc" gra. Także gwiazdy tu się leczą.

Ja mialam 13 operacji. Ja umiem odróżnić dolargan od czystej morfiny. W setce dolarganu jest tylko ćwiartka morfiny, a reszte wody dolewają.

Na saszerow mnie wypuścili z wypadającym cewnikiem z nerki.

Moja córka jak się rodziła miala 8 pętli z pępowiny dookoła szyi.

Proszę, taki miałam kamień (wyjmuje słoik z kamieniem z szuflady). Na rentgenie rzucał cień na cztery centymetry!

Mój teść mial raka trzustki i chłoniaka w płucach. Ale zmarł od upadku po schodach. Zagłodzili go w szpitalu.

Z lekarzy najbardziej podoba mi sie Lewicki. Ma taką urodę co do mnie trafia. Taką azjatycką, nietypową. A mój mąż to nawet nie wiem jaką ma urodę.

Moja babcia miała dziurę w sercu wielkosci 5 zł. Tego dawnego, większego. Religa ją operował w 64. To była jego pierwsza operacja na otwartym sercu.

Na czarną ospę nawet mnie nie szczepili. Moja mama pływała na batorym, miala czarną ospę w 72. Uodpornila mnie.



Uważam, że pani , która od dwóch godzin napierdala to wszystko należy się własna audycja radiowa w nocnym paśmie.
piątek, 05 września 2014

Mam 5 lat. Matka kąpie mnie w wannie. Pytam ją czym jest sperma. Widzę konsternację matki. Czuję że pytanie chybione. Pomagam jej wybrnąć pytaniem pomocniczym "czy to jest to coś co kapie jak świeczka się pali"?". Matka z ulgą podejmuje wątek. A ja doskonale wiem, że jednak to się nazywa stearyna, a nie sperma.

W przedszkolu jedna dziewczynka jest faworyzowana przez wychowawczynie. Córce lekarza pozwala jej się jeść drugie danie widelcem, a nie łyżką. Na jej życzenie puszczana jest z adapteru lambada. A pani Magda daje jej wiśnie ze swojego kompotu. Pamiętam.

Jestem najgrubszym dzieckiem w klasie. Muszę mieć swój mechanizm obronny. Postanawiam być najsilniejsza. Kolega z klasy mówi swojej mamie, że najlepiej z wszystkich chłopaków bije się Gosia. Szczęście, bo mam siłę. Nieszczęście, bo muszę bić dalej.

Ojciec koleżanki wstępuje do Amwaya. Przychodzi do moich rodziców na prezentację. Ma na sobie garnitur, choć to dzień powszedni na wsi. Używa słowa kompatybilny. Bardzo mi się podoba to słowo. Nie pytam rodziców co znaczy, bo oni nie noszą garniturów, więc nie mogą wiedzieć. Tak bardzo żałuję, że mój ojciec nie jest w Amwayu.

Znajduję broszurę uświadamiającą. Tytuł "Czy to już teraz?". Pamiętam zdjęcia pary w różnych sytuacjach. Na głowie pani ma trwałą, a na cipce druga trwałą. Męczy mnie myśl, skąd jej się tam wzięło tyle włosów. I czy mi też takie urosną? Czy matka takie ma? I czy ma takie pani Iwona - wychowawczyni w pierwszej klasie? Myślę, że jeśli tak, to straszne.

Każdemu człowiekowi należy się współczucie za przeżycie dzieciństwa. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Pierwszy dzień po urlopie.
Obserwuję jak siedem osób kłóci się o kolor kropki. Część chce kropki niebieskiej, a część granatowej. Po trzech godzinach spotkanie się kończy bolesnym patem. Wychodzę z pracy na słońce i wiatr.


Drugi dzień po urlopie.
Spotkałam na korytarzu Arletę. Ona woli granatową kropkę. Rozumiem racje Arlety. Ale to nie moja sprawa. Bezsensowny konflikt. Wychodzę z pracy.


Trzeci dzień po urlopie.
Przemyślałam sprawę. Kropka powinna być granatowa. Zostaję w pracy do 23. Obrażam cztery osoby. Wstrzymuję proces. Piszę czterdzieści trzy slajdy o wyższości granatu nad niebieskim. 


Tak. Mogę powiedzieć, że czuję się już wdrożona w pracę po urlopie.

czwartek, 12 czerwca 2014

Widzę w tramwaju mężczyznę. Zmęczona twarz trzydziestolatka. Na tej twarzy wypisany ból człowieka, któremu zepsuło się auto. Pomarszczone, absurdalnie wysokie czoło zwieńczone resztką dredów. Na t-shirt z napisem "Piwo to moje paliwo" zarzucona marynarka, do dżinsów buty w szpic. "Opierdoliłbym coś na ciepło" mówi zmęczonym głosem do swojego Blackberry.

Mirek (czy jak ci tam było na imię). Choć wtedy było mi smutno, to jednak dobrze, że nie zadzwoniłeś po imprezie 10 lat temu.

wtorek, 25 marca 2014

To miał być wpis wyzwalający ze złych emocji. Znalazło się w nim 7 słów z rodziny wyrazów "kurw-", 4 imiesłowy przymiotnikowe bierne "pierdolone", feeria kombinacji od "jebać", 3 apostrofy "chuju" i 3 apostrofy "boże".

Po analizie postanowiłam jednak wzbić się z rynsztoku na metapoziom. Przywołałam wewnętrznego psychoterapeutę. Przepracowałam swoje emocje. Przeniosłam niezadowolenie z osób na ich zachowania. Sprawiedliwie oceniłam zachowania. Zrobiłam listę pros and cons. Narzuciłam sobie zrozumienie.

Werdykt? 7 słów z rodziny wyrazów "kurw-", 4 imiesłowy przymiotnikowe bierne "pierdolone", feeria kombinacji od "jebać", 3 apostrofy "chuju" i 3 apostrofy "boże".

 

EDIT: Ten wpis to nieprawda. Ja się nie umiem tak pięknie na nic i na nikogo zezłościć. Ale bardzo bym chciała.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Pomiędzy budynkami w generycznej dzielnicy biurowej przebiegają generycznym truchtem na obcasach z czerwoną podeszwą (a la Louboutin) menedżerki. Pędzą do swoich generycznych obowiązków (zarządzanie/zasoby ludzkie/audyt). W przerwie na lunch idą do generycznych stołówek gdzie zjadają ani dobre, ani niedobre generyczne kotlety w zestawie dnia (mięso + dodatek skrobiowy + bukiet surówek). Do tego generyczny kompot, który jest trochę słodki i trochę kwaśny, nazwę ma owocową, ale nie smakuje niczym.

Tramwaje o siedemnastej pełne są księgowych w taliowanych płaszczach (Reserved/Camaieu/Orsay). Szatynki o regularnych rysach twarzy i BMI w przedziale 18,5–24,9, poprawnie łączą nogi obciągnięte cielistymi rajstopami. Jadą na spotkanie ze swoimi klonami na plotki (dużo pracy + życie z generycznym mężczyzną) i dużą latte (Coffee Heaven). W drodze do domu kupią chleb baltonowski (piekarnia SPC), polędwicę sopocką (20 deko) i sałatę lodową, która w smaku najbardziej pasuje do generycznej kolacji przy przeciętnym serialu (TVN), który mówi jak żyć, co czuć i jak wyglądać, żeby zawsze być medianą. Potem generyczna kobieta i generyczny mężczyzna mają piętnaście minut uniesień o średnim natężeniu. Na koniec dnia przykrywają się kraciastą kołdrą w ciepłych kolorach (Ikea, rozmiar 200x200).

Gdy rano wsiadam do siedemnastki udaję przed sobą, że wcale nie jadę na Służewiec. Robię piknikową minę i przez sześć minut mogę stwarzać pozory, że wysiądę przy Bibliotece Narodowej, a przez osiem, że na Polu Mokotowskim. Dokładnie sprawdzam, czy przy farbowaniu włosów szczelnie pokryłam swoje generycznie szatynowate włosy. Z uporem maniaka bojkotuję bezpieczną polędwicę sopocką, jakby jedzenie tłustej kiełbasy miało mnie magicznie uchronić przed byciem pracownicą biurową ze Służewca. Ogarnął mnie generyczny, damski śmiech "hihihihihi".

środa, 22 stycznia 2014

W kulturze domyślania się trzeba umieć rozróżniać brzuch w drugim trymestrze ciąży od brzucha po dwóch porcjach bigosu. Ciężarna w kulturze domyślania się nie powinna prosić o miejsce siedzące w tramwaju. Ciężarna ma czekać, aż miejsce zostanie jej zaoferowane przez kogoś, kto rozróżnia status brzucha. A dziewczyny z brzuchem bigosowym niech się nie obrażają, gdy ktoś pomyli ich brzuch z ciążowym. Powinny się w końcu domyślić, że nie wypada zjadać dwóch porcji.

A dwie porcje zjada się, bo częstujący jest domyślny. Bo wiadomo, że na pytanie "chcesz dokładkę?" odpowiada się "nie", żeby dokładkę dostać.

I wtedy zjadasz drugą porcję bigosu, bo się częstujący domyślił, że chcesz, bo mówisz "nie". I wsiadasz do tego tramwaju, gdzie domyślny pan ustępuje ci miejsca, bo myśli, że to ciąża.

No i obrażasz się, bo ten brzuch to są przecież dwie porcje bigosu. A ten chuj patrzy wzrokiem dobroczyńcy i jaką zrobił ci przykrość się nawet nie domyśla.

22:23, mejl_gosilli
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 listopada 2013

Szósta rano. Trzydzieści siedem i dwie kreski. Osiem złotych do automatu. Czyli dwadzieścia godzin telewizji. Trzy talerze kleiku. Trzy szklanki gorzkiej herbaty o smaku emaliowanego wiadra. Sześć brązowych tabletek. Cztery białe. Cztery żółte. Półtora litra kroplówek. Dwa obchody. Dwa stolce. Czas równo podzielony na telewizję i patrzenie w sufit. 

Poszłusznie pokazuję brzuch, dupę, gardło, co akurat potrzeba. Wieczorem idę na spacer po oddziale. Szósty raz czytam plakat o profilaktyce odleżyn. Zaglądam do sal szukając ludzkiego nieszczęścia. Tak jak inni zaglądają do mojej. 

Takie to jest miejsce, o zapachu szczyny, chloru i choroby, a życie jest tu tymczasowo zawieszone.

środa, 20 listopada 2013

Idę rano do pracy
Nade mną niebo niebieskie
Nagle szok i niedowierzanie
Skąd psia kupa na Domaniewskiej?

Nie ma tu trawnika
Nie znajdzie drzewa psia dupa
Szkło, stal i beton
To skąd na Domaniewskiej psia kupa?

Jest wszak elegancko
A maniery są królewskie
Nawet ludzie tu kupy nie robią
Więc skąd psia kupa na Domaniewskiej?

Czółenka i mokasyny
Bieda tu w oczy nie kłuje
Domaniewska stolicą szyku
Psia kupa tu nie pasuje

niedziela, 17 listopada 2013

To będzie nieśmieszna notka, która służy tylko temu, żeby autorka mogła wyrzucić z siebie koszmar.

Gorączkę sobotniej nocy sponsoruje Biedronka i pstrąg w galarecie.
Po przesrano-przespanej sobocie o północy ból brzucha osiągnął apogeum. Samodzielnie wykonuję badanie palpacyjne brzucha i nie wykluczam zapalenia wyrostka. Udaję się taksówką do najbliższego szpitala.

Na wstępie sanitariusz krzyczy, że to ja rujnuję polskie szpitale, bo przyjeżdżam tam z bólem brzucha. Ociera dla mnie fotel z żółtych rzygów poprzedniego pacjenta, mierzy ciśnienie i puls. Pobiera krew, zakłada wenflon. Potem czekanie na ławce z pacjentem w psychozie katatonicznej, z którym nie wiadomo co zrobić. W międzyczasie przy otwartych drzwiach konsylium lekarskie zastanawia się, co zrobić z dziewczyną z krwawieniem z odbytu, która siedzi obok.

Potem skierowanie do sali obserwacyjnej. A tam kilkoro pacjentów - jeden pod respiratorem, drugi z zaburzeniami oddychania, babcia ze skaczącym ciśnieniem i być może padaczką. Wszędzie dużo sprzętu, ostre, mrugające światło.

Moim bezpośrednim sąsiadem jest pijany dziadyga, którego znaleziono na nasypie kolejowym i przyjechał do tego szpitala w ramach niewygodnego prezentu z innego szpitala. Dziadyga kolejno: wyrywa wenflony, idzie do kibla, w kiblu się przewraca, zasikuje, rozbiera. Drzwi do kibla pozostawia otwarte. Potem dziadygę wynoszą, cewnikują, zakładają pampersa. Wszystko na moich oczach. Dziadyga wyrywa cewnik, zdejmuje pampersa i półnagi samodzielnie udaje się do kibla, gdzie "będzie srać". Przy otwartych drzwiach. Głośne stękanie.

Jest czwarta. Wypisuję się na własne żądanie, zanim sama wpadnę w psychozę katatoniczną.


niedziela, 10 listopada 2013

W niedzielne popołudnie polska rodzina pielęgnuje tradycyjne wartości w Ikei. Ona upiększa dom, który wybudowali na skale. On, głowa rodziny, stukając się w czoło miarką, rozsądnie:  "Kurwa, po co ci to?". Ona posłuszna mężowi wyjmuje z żółtej torby pakiet tealightów, cztery pokale i drewnianą ramkę. On wybiera dla niej garnki z serii 365+. Nazwa wymownie dowodzi, ile razy w roku będzie musiała ona ich użyć. Dla dziewczynki kupiona jest pościel z serduszkiem. Chłopczyk zasłużył tylko na wpierdol, którego odroczoną obietnicę widać w oczach ojca. Potem jest obiad, on zajmuje stolik, a ona dostarcza cztery porcje klopsików w czterech różnych rozmiarach. Symbolicznie dzielą się colą z jednej szklanki. Dzieci chwalą się, któremu udało się napakować w kieszenie więcej darmowych ołówków.

Kościół jest niemądry. Zamiast bezskutecznie prosić wiernych o świętowanie niedzieli z dala od sklepów, mógłby wejść w konsorcjum z Ikeą. Ten sam target, te same wartości, uzupełniające się benefity.

Na Targówku mogłaby powstać niebiesko-żółta świątynia, jako duchowy przerywnik pomiędzy klopsikami a kanapą Beddinge. Na nabożeństwo przychodzi w pakiecie cała rodzina, więc akwizycja jest błyskawiczna. Zamiast kryształowych żyrandoli, ciepłe oświetlenie, które skróciłoby dystans. Zamiast twardych ławek kanapy ecru z kolorowymi poduszkami. A w ikeowej restauracji w niedzielę byłby serwowany rosół, schabowy kotlet z ziemniakami z wody i surówką z białej kapusty. Idealna niedziela dla polskiej rodziny.


Takie mądre, takie proste. Jutro piszę do prymasa i do działu marketingu Ikei.

piątek, 01 listopada 2013

Gdyby tak Ewa Chodakowska z youtuba mogła obejrzeć co się dzieje po drugiej stronie szybki, byłaby bardzo rozczarowana.

Zobaczyłaby niechlujną dziewczynę w szczycie nudy z okazji święta, którego nie obchodzi. I jak w tym szczycie nudy postanawia pchnąć swoje życie w lepszą stronę, więc niezgrabnie odtwarza jej ruchy, obijając się o szafki i krzesła.

Niechlujna dziewczyna oczywiście nie ma, tak jak Ewa, opaski holograficzno-jonowej IQ, która współpracuje z jej polem bioelektromagnetycznym. Jest gorzej. Ewa w swoim nienagannym topie pewnie potępiłaby t-shirt do spania, w dodatku z wielką plamą z tłustego jogurtu. Do tego majtki, bo przecież niechlujna dziewczyna nie ma fioletowych legginsów. I dwie różne skarpetki, bo pranie nieposortowane. Na co dowodem jest wielka góra ubrań w tle za niechlujną dziewczyną.

Gdyby Ewa zobaczyła co robi niechlujna dziewczyna podczas okrzyku "Wiem, że dasz radę", pewnie byłoby jej strasznie przykro. Także motywacje nie spodobałyby się Ewie. Zamiast wytężonej pracy z przyrzeczeniem regularności, jest piętnastominutowy kaprys inspirowany depresją podkręconą przejedzeniem. Na co dowodem są brudne naczynia po obiedzie na stole za niechlujną dziewczyną.

Na koniec niechlujna dziewczyna wbija Ewie nóż w serce, kończąc po drugiej serii.

Serdeczne pozdrowienia w Święto Zmarłych Motywacji zasyła Gosia. Całuski!!!

poniedziałek, 21 października 2013

Zdeterminowane oczy wbite w wyświetlacze. Jedna kaloria, druga kaloria, trzecia kaloria. Z sali obok dobiega motywująca fitnessowa muzyka i pokrzykiwania trenerki.

Ale tu jesteś sam. Ty, maszyna i twoje marzenie. Zahipnotyzowany patrzysz w licznik tętna. Na wolno przesuwający się licznik kalorii. Maszyna zachęca cię do odważnych wizji siebie napisami "sport", "body", "lifestyle". W oczach wyrzeźbionego modela na fototapecie jest przesłanie: "You can do it!". Nie wypada rozglądać się na boki. Każdy ma swój tłuszcz, swój program i swoje marzenie.

Biegniemy, pedałujemy, stepujemy. Wszyscy w tym samym kierunku lepszego życia, które najlepiej wdraża się w poniedziałek. I choć nasz pot miesza się w powietrzu, to jednak jesteśmy bardzo osobno.

poniedziałek, 09 września 2013

Norma dla dorosłego człowieka to tysiąc pięćset kalorii dziennie. Miłość matki to cztery tysiące.

Tysiąc kalorii porad życiowych. To placek ze śliwkami. Mamo, już nie mogę. Jeszcze kawałek córeczko. Upiekłam specjalnie dla ciebie. Śliwki dzisiaj są, jutro nie będzie. 

Tysiąc kalorii obaw. Ciężkie kluski z kartofli, oblane kawałkami boczku smażonymi na smalcu. Musisz zjeść jak już nałożyłam. Nie masz apetytu? Na pewno wszystko u ciebie dobrze?

Tysiąc kalorii na deser. Tak ładnie wyglądasz córeczko. Jedz, jedz, wcale nie przytyłaś. I w tych włosach dobrze. Dołożyć ci bitej śmietany? A może polać likierem jajecznym?

Tysiąc kalorii wyrzutów sumienia przed snem. Tak rzadko przyjeżdżasz. Pewnie się ze mną już nudzisz. Dlaczego nie chcesz jeszcze jednej kanapki? Na pewno ci nie smakuje.

Łakomczuchy rodzą się z przekarmiających matek. Wyjeżdżam przejedzona miłością, z emocjonalnym zatwardzeniem.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Po dwie, po trzy, po cztery
Spacerują sobie pod rękę
Rządzą tu dobre maniery
Zapomniały domową udrękę

Jadzia z torebki wyciąga Kukułki
Krysia chwali zięcia dobrego
Rozmawiają sobie przyjaciółki
Kuracjuszki z Domu Zdrojowego
 

Wyczesane i wypachnione
W najlepszej wersji siebie
Uprawiają życie wymarzone
Przez miesiąc turnusu w niebie

Nie ma życia goryczy
Nad szklanką latte słodkiego
Cieszą się z małych rzeczy
Kuracjuszki z Domu Zdrojowego
 

A gdy nadchodzi niedziela
Dzień białego żakietu
Świat możliwości się otwiera
Kto będzie królową parkietu?

Przez cały tydzień szukają
Partnera muzykalnego
Bo tutaj oporów nie mają
Kuracjuszki z Domu Zdrojowego
 

Na koniec turnusu ze łzami
By zachować wspomnienia serdeczne
Wymieniają się adresami
Przyjaciółki od teraz już wieczne

Przez cały ten czas boski
Zażywały życia lepszego
Bo potem tylko troski
Więźniarek Życia Codziennego

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ząbki nie są sypialnią Warszawy. Ząbki to tajemny plan rządowy w ramach poprawiania polskiej sytuacji demograficznej. Grodzone osiedla to nie grodzone osiedla, ale pilnie strzeżone fabryki klonów. Najpopularniejszym modelem klonowanym w Ząbkach jest zestaw rodzina 2+2. Rodzina 2+2 bowiem prawie realizuje współczynnik zastępowalności pokoleń, a jednocześnie nie obciąża wielodzietnością systemu.

Obszerne ząbkowskie klatki schodowe przewidziane są na przechowywanie dużej ilości wózków. Ząbkowskie ogrodzenia mają chronić mienie i potomstwo. Ząbkowskie żłobki przygotowane są na ciągły baby boom. Ząbkowski las służy dzieciom do wybiegania. Ząbkowski kościół sprofilowany jest na chrzty i komunie. Ząbkowskie apteki mają promocję na kwas foliowy. Ząbkowskie kobiety przygotowują się do ciąży, są w ciąży lub w połogu. Ząbkowskie rodziny 2+2 na pizzę chodzą do rodzinnej pizzerii Milano. Ząbkowskie dzieci skazane są na sukces, dzięki nauce w szkole językowej Sukces.

A w sobotę ząbkowskie rodziny idą na spacer. Trasa marszu od osiedla do Kauflandu. Zadowolona parada propagująca model 2+2. Dla wszystkich zainteresowanych, w każdą ciepłą sobotę. Zaprasza serdecznie burmistrz miasta Ząbki, Urząd Miasta Ząbki, parafia Zesłania Ducha Świętego oraz centrum handlowe przy Powstańców. 

poniedziałek, 08 lipca 2013

Pan Waldek kłania się w pas. Otwiera przed mną drzwi. Podpity, szarmancki, czarujący. A jego żona chodzi z podbitym okiem.

Na parterze impreza. Może się bawić całe osiedle, bo głośnik wystawiony w oknie. Najpierw oglądane jest video z wesela. Następnie urządzają karaoke. A potem z tych emocji wybucha wielka awantura. Siostra jest pizdą, a szwagier chujem. Niech wie całe osiedle.

Dzieci bawią się w piaskownicy. Hałaśliwie, ale w pozytywnym stylu. Wyluzowane matki palą papierosy i prowadzą rozmowę. Nagle dochodzi do nieporozumienia pomiędzy Gracjanem a Oliwką. Matka Gracjana strofuje syna "ile razy ci kurwa mówiłam?!" i szarpie, matka Oliwki nie bawi się w żadne wychowawcze rozmowy, tylko od razu spuszcza wpierdol.

Miłość i nienawiść na Grochowie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6